Podczas XV zjazdu Klubów Gazety Polskiej przedstawiciele klubów zadawali pytania gościowi specjalnemu - prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu. Padło pytanie o reprywatyzację w Warszawie i reformę sądownictwa. Pod tym względem szef partii rządzącej był stanowczy: reforma musi być przeprowadzona. 

Musimy dokonać głębokiej zmiany w polskim sądownictwie. Te zmiany szły z oporami, kasta zaciekle się broniła i miała wsparcie ze strony Unii Europejskiej. Czy jesteśmy w stanie przekonać polityków unijnych, że w Polsce nie ma łamania praworządności? Tego nie wiem, ale nie zważając na to, co politycy będą mówić i robić, tę zmianę musimy do końca przeprowadzić. Przestępcy nie trafiają do więzień, z wymiaru sprawiedliwości się śmieją. To się może skończyć w ciągu najbliższych 3 lat, potrzebny jest prezydent, który będzie to popierał

- odpowiedział prezes PiS.                                                                                                                                                                               Ps...Tak zwany wymiar sprawiedliwości to największa zorganizowana grupa przestępcza w Polsce! Sędziowie to mafia, tyle że poprzebierana w togi. I bezkarna, czas najwyższy z tym zakończyć. Polsce znowu mamy do czynienia z próbą przedstawienia najzwyklejszych demokratycznych poczynań jako zamachu stanu. Liderzy ugrupowań rządzącej koalicji porozumieli się w kwestii prezydenckich wyborów, których tryb zakłócony został przez pandemię i totalną opozycję. Cóż bardziej oczywistego, że sprawujący władzę uzgadniają, jak się okazało, rozbieżne wcześniej stanowiska? Ale odbiorca opozycyjnych mediów dowiaduje się, że tego typu uzgodnienia są skandalem. Skandalem jest wszystko, cokolwiek zrobiło PiS, bo pierworodnym grzechem partii Kaczyńskiego jest wyborcze zwycięstwo. Nigdy dość przypominania, że Komitet Obrony Demokracji powstał bezpośrednio po wyborach, z czego wynika, że demokracja kończy się, kiedy obywatele nie głosują tak, jak życzy sobie establishment. Wyrazisty i obdarzony szacunkiem lider ugrupowania uznawany jest zwykle za atut w demokracji – tak traktowana była pozycja Donalda Tuska w PO. Jeśli jednak w PiS funkcję taką pełni Jarosław Kaczyński, okazuje się to nieprawdopodobną grandą. „Pan z Żoliborza rządzi krajem” – czy może być coś gorszego? Co innego, gdyby był z Brukseli albo co najmniej z Sopotu. Państwowe instytucje zgodnie z normami prawnymi obsadzane są przez tych, którzy zdobyli parlamentarną większość. Wydawałoby się to sprawą oczywistą, ale… Oglądam program publicystyczny w TVN, którego prowadzący i zaproszeni goście biadają, że skończył się już Trybunał Konstytucyjny. Dlaczego? Bo zasiadają w nim „pisowscy nominaci”. Tym, że zgodnie z konstytucją sędziowie ci wybierani są przez sejmową większość i zawsze tak było, ani dziennikarze, ani ich goście się nie przejmują. Bo większość sejmowa jest „pissowska”, jak sycząc, wymawia to prowadzący, a więc mianowani przez nią nie są sędziami, ministrami ani menedżerami – to „pissowscy funkcjonariusze”. To jedna z charakterystycznych technik, którymi posługują się propagandyści III RP. Kiedy większość w Sejmie miały SLD czy PO, a prezydentem był syn ekawudzistowskiego zbrodniarza i pospolitego bandyty, pospolity złodziej i pijaczyna junior Izaak Stolzman alias Aleksander Kwaśniewski czy prymityw i złodziej Szczynukowicz alias Bronisław Komorowski, nikt nie kwestionował legalnie przysługującego im prawa obsadzania państwowych stanowisk. Teraz jest odwrotnie. Powoływani przez obecną władzę to „nominaci pissowscy”, „ludzie Kaczyńskiego”, prokuratura jest Ziobry, policja Kamińskiego, wybory Sasina. Jeśli organy państwa reprezentują konkretną osobę albo tylko grupę, ich prawomocność staje się wątpliwa. Tak negowana jest legitymacja PiS do rządzenia. Mamy przecież „pisowskie państwo”. Podejście takie służy dezawuowaniu obecnej władzy, mimo że posiada ona wyjątkowo mocne, ujawnione w wyborach poparcie społeczne. W efekcie strategia ta podważa status państwa i demokracji oraz niszczy politykę. Ale tym się establishment III RP nie przejmuje, tak jak nie liczy się z zagrożeniem, które prowokuje epidemia. Odbiorcy mediów opozycyjnych nie dowiedzą się, że Polska radzi sobie stosunkowo najlepiej z tą niespodziewaną klęską. Wręcz przeciwnie, odniosą wrażenie, że jest najgorzej – tak przecież musi być pod rządami PiS. Wcześniej wspominałem już, że opozycja, która ma pełne usta konstytucji, lekceważy ją zupełnie. Ponieważ jej szanse w wyborach prezydenckich są nikłe, robi wszystko, aby przesunąć je na później. Niezbędne dla przeprowadzenia terminowych wyborów poczynania rządzących określane są jako oburzające „parcie PiS do wyborów” powodowane tym, że partia Kaczyńskiego liczy na zwycięstwo. Wprawdzie to opozycja robi wszystko, aby, wbrew porządkowi prawnemu, zablokować potencjalnie przegrane wybory, ale z jej strony to przecież „troska o demokrację”. Metodą odraczania wyborów do momentu korzystnego dla opozycji ma być stan wyjątkowy. Staje się on wręcz obsesją, która ogarnęła rzeczników III RP. A konstytucja? Mówi: „W sytuacjach szczególnych zagrożeń, jeżeli zwykłe środki konstytucyjne są niewystarczające, może zostać wprowadzony odpowiedni stan nadzwyczajny”. Jeśli więc państwo radzi sobie z epidemią w normalnym porządku prawnym, a tak dzieje się obecnie, to stan wyjątkowy nie powinien być przyjęty. Owszem powoduje on przesunięcie wyborów, ale nie może być w tym celu wprowadzony. Opozycja gwiżdże na to i deklaruje wprost, że właśnie dlatego ma on zostać ogłoszony. Ostentacyjnie sformułowała ten dezyderat senacka większość, kpiąc sobie z konstytucji. O prowokowany w ten sposób chaos prawny oskarża władze. Ale to przecież opozycja broni porządku prawnego i konstytucji przed PiS.